


pewnej niedzieli wybraliśmy się po raz pierwszy we troje do zoo. poszliśmy na piechotę, żeby zdobyć dodatkowe sprawności. po uiszczeniu 50zl znaleźliśmy się na terenie zoo, gdzie ludzi było tak dużo, że ciężko było wyłuskać spośród tłumu zwierzęta. tadziu najbardziej chyba był zadowolony ze słoni, bo były na początku. żyrafa też była w porządku. generalnie bardziej go interesowały murki, mostki, sploty krat... skupił się również na tym, żeby jak najmniej być w wózku, co było dla nas sporym utrudnieniem, bo dzieci i dorosłych zwarty szwadron pochłaniał co jakiś czas naszego uciekiniera. pogoń za tadem, teren nieznany. stres. zwierzęta te które udało nam się zobaczyć, sprawiały wrażenie smutnych. trudno im się dziwić... spory obszar zajęty przez stragany, grille, budki, baraki restauracyjno-barowe, wózki z lodami, hotdogami i balonami intensywnie "pachniał" i skupiał największą ilość ludzi. zdecydowanie za dużo, zbyt ekspansywnie i nie na miejscu.
my po cichu zjedliśmy nasze kanapki na mostku koło małpek i misiów. ta nowa część bardzo pozytywne wrażenie robi i zwierzęta jakby szczęśliwsze.
wróciliśmy również na piechotę, żeby wychodzić jakiś niesmak, który pozostał.
wniosek: nigdy więcej nie iść do zoo w słoneczną niedzielę.
a ja raczej nie lubię jednak zoo. mam wrażenie, że zwierzęta toną i komercyjnej otoczce. buu.